Dlaczego praca w marketingu jest do dupy?

Praca w marketingu nie jest łatwa. Jest pot, ból i łzy. Często wysokie wymagania, codzienna walka o deadline, niespełnione marzenia o podwyżce i wypite hektolitry kawy. Oczywiście bez cukru, bo ciśnienie i tak już jest wysokie od początku dnia.

No dobra, też nie do końca jest tak, że hejtuję marketing i go nienawidzę. Wręcz przeciwnie. Dla mnie praca w marketingu to świetna przygoda, sposób na uwolnienie kreatywności, możliwość poznania nowych ludzi i wielka frajda. Innego miejsca dla mnie nie ma. Inaczej nie pisałbym tego bloga. Ale jak wszystko, ma swoje plusy i minusy. Pracę w marketingu porównałbym do związku, w którym powoli wygasa namiętność. Na początku jest super. Starasz się, oczekujesz tego samego, wkładasz w relację dużo energii i emocji. Żywisz nadzieję, że będzie tak na zawsze. Potem jednak robi się szara, beznamiętna codzienność. W ostateczności zostają Ci zszargane nerwy i kolejne spotkanie, na które nie masz już ochoty przychodzić. Ale jesteś, bo mimo wszystko kochasz. Albo masz kredyt w banku.

Marketing wydaje się prosty. No bo co w nim trudnego? Każdy potrafi przygotować post na Facebooka, przygotować ofertę, zrobić prostą kampanię reklamową w Google. A jak czegoś nie ogarniamy to w sieci jest mnóstwo materiałów i już ogarniamy. Pobierzemy e-book, pojedziemy na szkolenie, kupimy książkę w Empiku, obejrzymy filmik na YouTube (któregoś z guru marketingu, który wszystko wyjaśni krok po kroku) i voilà! Niestety, ale tak nie jest. To tylko iluzja. Z zewnątrz wydaje się to łatwe, ale uwierz — to tylko złudzenie. Dlaczego?

Bo marketing jest bezlitosny i żądny krwi

Wyobraź sobie miejsce, które jest ciągłym polem bitwy. Twoim celem jest przechytrzyć konkurencję, zwiększyć sprzedaż i nie paść przy tym na twarz. Czasami strzelać na oślep. Dobierać najlepszych kompanów do zespołu, aby zgładzić przeciwnika. Stawiać razem czoła przeciwnościom. Salutować generałowi. Dostawać odznaki i awanse. Wrócić jako weteran. Z tarczą (o tym jeszcze marzą juniorzy w zespole).

W marketingu wojna toczy się na wielu frontach — jak na przedświątecznej wyprzedaży w Lidlu. Nigdy nie wiadomo co przyniesie dzień. Czasami mamy spokój i jest czas zapytać się koleżankę z pokoju o paczkę z Zalando. Czasami wracamy do domu z pracy, a w głowie dalej strzelamy, jak w nowym Battlefield. Czasami mamy dość i wyobrażamy sobie angielskie wyjście. Dlatego wiecznie jesteśmy na standby i to nas męczy. Powoli, ale brutalnie. Przecież to nic osobistego, to tylko biznes.

 

Target, call, brief, akcept, kawa, znowu call. Zjebka. Wszystko na ASAP. Nie ma, że po obiadku (sorki, po lunchu). Nie ma, że boli. Jak boli, to znaczy, że żyjesz (trochę na Facebooku, trochę w open space). Liczy się meta, ale do niej nigdy nie dobiegniemy, bo za chwilkę zaczyna się kolejna walka. Nowe zadania. Nowi klienci. Nowa kampania. I znów biegniemy. Ot tak, dla sportu. Aż któregoś dnia siądzie nam pikawa (nie martwcie się, przecież mamy Lux Med).

Poza tym wyścig szczurów, czyli pogoń za sukcesem za wszelką cenę. Coraz większa konkurencja i presja prowadzą nawet do ekstremów. Podkładanie sobie nogi, zawiść i brak współpracy widać w branży na każdym kroku. Niektórzy zamykają się w hermetycznych kilkuosobowych grupach, niektórzy działają w pojedynkę. Byle wygrać, byle dostać więcej, byle jak najmniej pomóc innym. No bo co ja z tego będę miał? Ból dupy i nic więcej.

Bo marketing to praca 24/7

Kryzys w mediach społecznościowych wybucha najczęściej nagle (w weekend), a skutek może być bardzo różny: od konsekwencji zbagatelizowania niezadowolonego klienta po ostateczną niekompetencję agencji i rozwiązanie umowy. Czyli tragedia w branży. Co więc robi dobry marketingowiec? Siedzi i śledzi. Każdy komentarz, każdy post, każdą wzmiankę na Brand24. I nie imprezuje w sobotę, bo nie ma czasu. Trzeba trzymać słynny już kredens.

Praca w marketingu jest bardzo dynamiczna i nie ma tu miejsca na stagnację. Żeby nadążyć za nowinkami w branży oraz trendami na rynku konieczna jest ciągła nauka. Czasami więc trzeba pojechać na szkolenie, obejrzeć webinar lub przeczytać książkę. Nie łudź się, że w godzinach pracy — wtedy trwa wojna. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że jeżeli chcesz być najlepszy w tym, co robisz, musisz poświęcić ponad 10 000 godzin pracy. To szmat czasu, więc chyba trzeba pokochać to, co się lubi, bo żeby nie zwariować. A większość tego nie lubi i wariuje. Ot, taka przestroga.

Nietrudno wspomnieć o nadgodzinach. Bo to u nas chleb powszedni. Chociaż trendy na rynku się zmieniają, cały czas pracujemy ponad siły. Dla pieniędzy? Satysfakcji? Czy po prostu z przyzwyczajenia? No bo co innego robić. I tak po pracy usiedlibyśmy do komputera i włączyli Netflixa. To przy okazji ogarniemy projekt. Jutro przynajmniej będzie mniejszy zapieprz (nadzieja matką głupich, jak to mówią).

Bo marketingu nie kuma starsza generacja

Starsze pokolenie gra we własną grę. Baner w promocji przy trasie, newsletter (o, koniecznie!), czasem jakaś rubryka w gazecie. Facebook? Przecież to nie sprzedaje. Adwords? Lepiej, żeby za darmo wchodzili na stronę jakoś. Ciężko jest wytłumaczyć opornym przełożonym lub klientom, że marketing w mediach społecznościowych jest skuteczniejszy, tańszy i niezbędny, aby pozostać silnym na rynku. Z drugiej strony, jeżeli jesteś człowiekiem, który dorastał w erze mediów społecznościowych, trudno jest przekonać kogoś do inwestycji w coś dla niego niezrozumiałego. Na szczęście część ludzi marketingu starszej daty docenia już siłę marketingu online, jednak wciąż przedstawianie bezskutecznie argumentów może być męczące. Jak bieg w szkole na 1000 metrów.

Co więcej, część osób starszych nie będzie miało zielonego pojęcia, czym się zajmujesz. Pojawią się zatem nużące pytania w stylu: Jak to? Facebook to praca? Czy Ty upadłeś na głowę?  Odpowiedzi są trudne, bo często po drugiej stronie stoi ignorant, ale… no cóż, jakoś trzeba z tym żyć.

Fot. Kwejk.pl

A co poza tym? Nic specjalnego, oprócz odliczania do weekendu. Czyli kłamstwo w biały dzień, manipulacja zachowaniami, naciąganie biednych ludzi. Wykorzystywanie niewiedzy klientów, oszustwa na wielką skalę, ściema jakich mało. Perfidne przekłamania, podli i bezwzględni ludzie, techniki wywierania wpływów. Niemoralne badania, nielegalne gromadzenie baz danych, zysk bez względu na wszystko. Target, kawa, call. I tak dalej.

  • Basia Derkowska

    Łatwo nie jest, ale trzymamy kciuki, żeby nie brakowało zajawki i satysfakcji. Dzięki za wzmiankę o Brand24 i trzymanie razem z nami kredensu. 😉 Piona!

    • Martin Krawczyk

      Dzięki, piona! 🙂